Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I ty im wierzysz, Guciu? — pytał prawie z płaczem obżałowany prezes. — Naturalnie, żebym mu był pomógł odrazu, gdybyście mnie samego wysłali; ale Antoni wszystko sparaliżował... wszystko!
— Ach! ten Antoni, ze swem piórkiem i pesymizmem!... Od pierwszej chwili czułem do niego antypatją — wtrącił Damazy.
— Nieznośne indywiduum! — dorzucił ktoś w płaszczu.
— Egoista! — rzekł ktoś w paltocie.
— Dba tylko o dobrą kolacją!...
— Wszyscyśmy winni potrochu, moi panowie! — odezwał się rejent. — Trzeba było zająć się tem, co jest pod ręką, ale nie szerokiemi kwestjami, lub słuchaniem niedorzecznych memorjałów...
— Pan rejent wiecznie coś cierpi do mnie! — wykrzyknął Zenon. — Pan mnie systematycznie prześladuje... pan mnie zmusi do żądania wyjaśnień!...
— Nieszczęście... zbłądziliśmy! — przerwał nagle Piołunowicz. — Zamiast na lewo, idziemy na prawo. Guciu, może się zbyt mocno opieram na tobie?
— Bądź pan spokojny! — odparł zmienionym głosem Gustaw.
Podróżni skręcili na lewo.
— Uważam, że się świeci u Hoffa — szepnął pan Klemens.
Gustaw osłabł tak, że aż drżeć począł. Dziadek, dostrzegłszy to, puścił mu rękę i wysunął się naprzód.
— Jesteśmy już na miejscu — rzekł do idących za nim pan Klemens i z trudnością otworzył drzwi sieni ciężkie i skrzypiące.
Pierwszy pokój, do którego tłumem wsypali się przybysze, był otwarty. Na stole niezbyt jasno paliła się lampa, na środku zaś izby stał niski człowieczek w szafirowych okularach.