Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To jest trzysta pięćdziesiąt rubli — odparł pan Piotr, usiłując tak niewinnym wyrazom nadać uszczypliwe znaczenie.
Pan Damazy, usłyszawszy to, zrobił się majestatycznym.
— Proszę pana — rzekł — cieszy mnie to bardzo, żeś pan raczył zauważyć skromny mój udział w tem przedsięwzięciu. Nie lubię robić wymówek, lecz przypominam tylko, że plany, podawane przeze mnie, wogóle jakoś nie znajdowały pomiędzy panami poparcia!...
— Drogi panie Damazy!... — błagał mówcę Piołunowicz, widocznie obawiając się nowego zajścia.
— Ja bo nie przypominam sobie pańskich planów! — odparł zuchwale Piotr.
— Nie przypomina pan sobie?... — ciągnął dalej z ironicznym uśmiechem mówca. — A mój projekt tanich mieszkań, na który ofiarowywałem pięć tysięcy...
— Był niepraktyczny — wtrącił rejent.
— Zwracam uwagę szanownego pana Damazego — odezwał się uczony Zenon — że ja pragnąłem należeć z nim do spółki.
Pan Damazy rzucił okiem na dość wytarty tużurek mędrca i mówił dalej:
— Proponowałem założenie szkoły wyższej dla kobiet, pewnego rodzaju uniwersytetu, na który dawałem dwa tysiące rubli...
— To także było niepraktyczne — zauważył rejent.
— Przypominam szanownemu panu Damazemu... — wołał Zenon.
— Tanie mieszkania niepraktyczne, pensja niepraktyczna! — przerwał gniewnie Damazy. — Lecz zwracam uwagę panów, żem również proponował założenie akcyjnej fabryki pudrety i dawałem na nią...
— Pozwoli pan Damazy... — wtrącił Zenon.