Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dlaczego nie dziś? — nalegał Gustaw.
Wuj zaczął gryźć paznogcie, co oznaczało niezadowolenie, i po chwili rzekł:
— Moje dziecko! Interesa, które prowadzę, nie pozwalają mi bawić się w towarzyskość, i dlatego znajomości nie robię. Przed upływem roku ukończę je, wycofam moje kapitały, a wówczas będę gotów do usług...
Wolski zrozumiał, że przedmiot ten można uważać za wyczerpany; przeszedł więc do innego i odniechcenia zapytał:
— Powiedz mi też, mój wuju, jak wielki jest naprawdę twój majątek?
Gwoździcki zamyślił się i odparł:
— Mówiąc między nami, nie wiem; zdaje mi się jednak, że masz kilka miljonów.
— Cóż znaczy, to masz?
— Znaczy, że masz; jakże ci inaczej powiem?
— A ty, wuju, co masz?
— Ja?... mam ciebie.
W przedpokoju odezwał się dzwonek, a po chwili lokaj zameldował:
— Pan Dąbrowski!
Do sali wszedł człowiek młody, przystojny, posiadający wszelkie cechy obywatela ziemskiego.
Gustaw wybiegł naprzeciw niemu i przedstawił go wujowi, jako swego dawnego przyjaciela, poczem rzekł:
— Pozwólcie panowie, że ze względu na zajęcia wuja, który nigdy nie ma czasu, przystąpię odrazu do rzeczy.
— Prosimy! — odparł Gwoździcki.
Nowoprzybyły zmieszał się.
— Drogi wuju! — ciągnął Gustaw. — Dąbrowskiemu spłonął folwark i potrzebuje pieniędzy...
— Guciu! — zawołał gość.
— Ile? — spytał wuj.