Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Około pięćdziesięciu tysięcy...
— Stawiasz mnie w przykrej pozycji — szeptał gość.
— Kiedy? — spytał znowu wuj.
— Choćby natychmiast!... — odpowiedział, śmiejąc się, Wolski.
— O drugiej będę niemi panu służył — rzekł do przybyłego Gwoździcki i powstał z zamiarem wyjścia.
— Panie szanowny! — zawołał wzruszony gość — ja bardzo obowiązany jestem... ale... jeszcze warunki...
— Cóżto, chcesz nam procent płacić? — zapytał wesoło Gustaw.
— Ależ, Guciu, ja nie mogę...
— Cóżto, Guciu! — zawołał niemniej wesoło Gwoździcki — chcesz panu zrobić prezent, którego przyjąć nie może?...
A potem, zwracając się do Dąbrowskiego, dodał:
— Termin zwrotu i gwarancja zależą od pana, procent od nas; otóż my żądamy cztery od sta na rok...
I nie wysłuchawszy odpowiedzi rozrzewnionego szlachcica, ścisnął go za rękę i wyszedł do swego gabinetu.
Godzinę jeszcze bawił Dąbrowski u malarza, całując go co parę minut, unosząc się nad jego wujem i opisując radość swej matki i rodzeństwa.
Potem opuścił dom błogosławionego finansisty, a Wolski poszedł do wuja.
Zastał go spacerującego po gabinecie i rzucił mu się na szyję.
— Poczciwy! szlachetny!... nieoceniony wuju!... — wołał z zapałem artysta. — Wydobyłeś człowieka z okrutnej biedy!...
— Ach!... więc to jeszcze o owej pożyczce?... Cóż chcesz, musiałem mu pomóc, ponieważ naprzód ty tego chciałeś, a powtóre młodzieniec ten nie robił dotychczas długów...
— Skąd to wiesz, mój wuju?