Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Indywiduum wzięło kartkę i wśród najpokorniejszych ukłonów wyszło za drzwi.
Dziwna i straszna rzecz! Gustaw, słuchając tej rozmowy, dostał powtórnie bicia serca; nie chcąc jednak przerażać wuja, a pragnąc jednocześnie odegnać od siebie przykre myśli, spytał go:
— Cóż to za plany wuj ogląda?...
— Stawiamy chałupę, moje dziecko.
— Dla siebie?
— Dla ciebie.
— O, mój wuju — zawołał malarz — czy ja wart jestem tylu dobrodziejstw!...
Gwoździcki bystro spojrzał mu w oczy, lecz, zobaczywszy tam łzy, szybko odwrócił się i mruknął:
— Mazgaj jesteś!...
I wyszedł do sali, a Wolski za nim.
Kilka sekund wystarczyło do uspokojenia tych dwóch silnych ludzi, choć jeden z nich chorował na serce od wczoraj, drugi od lat dwudziestu pięciu.
— Mam do ciebie prośbę, kochany wuju — zaczął Gustaw.
— Słucham cię.
— Jest tu w mieście pewne kółko uczciwych dziwaków, naradzających się nad uszczęśliwieniem ludzkości. Otóż czybyś nie chciał się z nimi poznać?
— Nie.
— I dlaczego? — spytał Wolski, patrząc mu w oczy.
— Dlatego, że ja nie jestem ani poczciwym dziwakiem, ani też myślę o uszczęśliwieniu ludzkości.
— Przydałbyś się tam, wuju, wierz mi.
— Nic z tego! — odparł stanowczo Gwoździcki.
— Więc może zechcesz przynajmniej złożyć wizytę staremu Piołunowiczowi?
— Powiedziałem ci już, że złożę, ale za rok.