Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dlatego, że ja...
— Że pani tak chcesz?...
— Dlatego, że ja na fotelu usiądę.
— Tak, to co innego!... — rzekł Gustaw, podając rękę dziewczynie i ceremonjalnie prowadząc ją do fotelu. — A teraz — dodał — proszę panią w imieniu dziadka o kilka minut spokojności.
— Gdzież się mam patrzeć?
— Gdziekolwiek, choćby naprzykład na kanarka.
— Czy to także dziadek mi kazał?
— Nie, to ja panią proszę.
— Dobrze! więc teraz ja pana proszę, ażeby puszczono tu Azora.
Nastała kilkominutowa cisza, w ciągu której tłusty Azorek wbiegł do salonu i umieścił się na kolanach swojej pani, Wolski zaś przystąpił do robienia studjów.
— Wie pan co?... — zaczęła Wandzia.
— Słucham!
— Już nic nie powiem...
— Dlaczego?
— Boję się, ażeby mnie pan nie wyśmiał.
— Nie wyśmieję.
— A więc... wie pan co? Oto chciałabym być ptakiem! Prawda, jakie to zabawne?...
— Prawda! Czy tym kanarkiem, na którego teraz pani patrzysz?
— O nie! Kanarek jest biedny, on nie może latać.
— Więc niech go pani wypuści.
— Zapewne! On już raz sam wyleciał i miał bardzo smutny wypadek.
— Cóżto, wróble go nastraszyły?
— Jeszcze gorzej! Niech pan sobie wyobrazi, że wyleciał na podwórze, ale się zmęczył... Azorek, bądź grzeczny!... nie można pani gryźć!...