Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zał Jankowi podać wszystkie, jakie tylko były w domu, numery „Kurjera“. Gdy rozkaz spełniono, zamknął się w swym pokoju i do południa czytał, a potem wyjechał do miasta, skąd wrócił dopiero wieczorem.
Ponieważ we wtorek pan Piołunowicz z rana znowu czytał ogłoszenia, a w południe znowu wyjechał, Gustaw zatem i Wandzia byli już drugi dzień sami.
Na czem im czas schodził? Zobaczymy.
— Panno Wando! — mówił Gustaw — już trzeci raz proszę panią, ażebyś usiadła na fotelu i zachowywała się spokojnie.
— A ja już trzeci raz odpowiadam panu, że się z okna nie ruszę. Dobrze mi tu i basta! jak mówi dziadzio.
— Wybornie!... Otóż teraz w imieniu dziadka polecani pani, abyś koniecznie na fotelu usiadła, bo inaczej nigdy portretu nie skończę.
— Nie słyszę, co pan mówi, kanarek mi przeszkadza.
— Pięknie pani słuchasz dziadka, ani słowa!
— Dziadka słucham, ale pana nie będę.
— Ależ, panno Wando, ja go obecnie zastępuję!
— Ależ, panie Gustawie, ja pana nie będę słuchała, choćby nawet był pan moim prawdziwym dziadkiem.
Zrozpaczony Gustaw zaczął układać papiery w teczkę.
— Cóż to znaczy? — spytała dziewczynka, oglądając się przez ramię.
— Wychodzę!... ponieważ pani nie chce pozować...
— Doprawdy?
— Naturalnie!
— Ja jednak myślę, że pan nie wyjdzie.
— Upewniam panią, że wyjdę — odpowiedział Gustaw, udając wielką stanowczość.
— Upewniam pana, że pan zostanie — odpowiedziała Wandzia tym samym tonem.
— Ciekawym dlaczego?...