Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż dalej?
— Usiadł sobie na płocie, na którym stał nasz kogut... Pan zna naszego koguta?
— Nie mam przyjemności.
— I otóż ten nieznośny dziobnął go w główkę tak, że aż zemdlał...
— Kanarek koguta?
— Ale gdzież tam! kogut kanarka, tak, że od tej pory, ale niech się pan nie śmieje z niego, jest łysy!...
— Ten kogut?
— Nie, kanarek... Zaraz go panu pokażę...
I to powiedziawszy, pobiegła do okna, w którem wisiał wraz ze swoją klatką krzykliwy ptaszek.
— Panno Wando!... na miłość boską, nie wstawaj pani! — zawołał Gustaw. — Cały szkic, przepyszny szkic zepsuty!...
— Cha, cha, cha! — zaśmiała się dziewczynka. — Jak to dobrze, musi pan nowy robić!...
— W takich warunkach żadnego nie zrobię... skompromituję się... nie będę śmiał pokazać się dziadkowi... Żeby też dziesięciu minut nie usiedzieć spokojnie!...
I to mówiąc, zaczął znowu składać papiery.
Wandzia wróciła na miejsce, a wziąwszy powtórnie na kolana Azorka, rzekła:
— Dam panu jedną radę. Jeżeli pan chce, ażebym siedziała spokojnie, niech mi pan opowiada jaką ładną historyjkę.
— Doskonały pomysł! — odparł Gustaw, rozkładając znowu swoje papiery. — Mam pani opowiadać ładne historje i rysować?... Spróbuję jednak!...
— Przepraszam, że przerwę. Czy wyjedziemy dziś do Łazienek?
— Wyjedziemy. O piątej przyjdą moje konie.
— Teraz słucham pana.
— Bardzo dobrze, a ja zaczynam.