Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Możesz iść. Jutro przed ósmą rano bądź już tu, ja przez kilka dni nie mogę być... Ale, ale!... Zapowiedz tam, żeby mi od Hoffa nic nie kupowano, choćby nawet na pół darmo.
— A jak kupią?...
— Jak kupią, to porachuję się z tobą i z Dawidkiem. Dobranoc.
W tej chwili z pierwszego pokoju doleciał odgłos rozmowy.
— Któż tam? — zawołał kapitalista.
Uchyliły się drzwi i weszła czarno ubrana kobieta.
— Idź, Judka! Pani Gołembiowska dobrodziejka, moje uszanowanie!
Konstancja padła na krzesło.
— Takam zmęczona! — szepnęła.
— Ciężkie jest brzemię życia, ale dźwigać je musimy — odparł lichwiarz. — Zapewne pani pieniędzy chce?
— Gdyby można... za moją maszynę...
— Nie trudnię się krawiectwem, droga pani Gołembiowska!
— Kosztowała mnie osiemdziesiąt rubli, dziś oddam ją za dwadzieścia... Nie mamy już nic!...
— Plac kupię — odpowiedział lichwiarz — a właściwie dopłacę, ale maszynę...
— Pan Wawrzyniec wie przecież, że ojciec ani słyszeć o tem nie chce.
— A cóżem ja temu winien? — pytał okrutnik, wychylając się z okienka.
— O, gdyby pan wiedział, jacy my biedni!... Już trzeci dzień jemy tylko chleb i surowe ogórki.
— Moja pani, i ja nie więcej jadałem, kiedym był w pani wieku.
— Ojcu coraz gorzej, coraz mniej przytomny...
— I temu nie winienem.