Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Helunia moja prawie że w oczach niknie...
— Sprzedajcie państwo plac, a i na doktora się znajdzie.
Konstancja zerwała się z krzesełka.
— Pan nie ma miłosierdzia! — zawołała.
— Ale pieniądze na kupno placu będę miał.
Oczy kobiety zaiskrzyły się.
— Panie! powiem ci coś. Ja wiem, że panu ludzie nic nie zrobią, ale pamiętaj, że Bóg jest sprawiedliwy i że cię skarze!
I odeszła ku drzwiom.
— Was już skarał! — wykrzyknął za odchodzącą lichwiarz i cofnął się do swej tajemniczej izby.
Pół godziny upłynęło, nim całkowicie już uspokojony wychylił się znowu i zawołał służącej. Gdy weszła, rzekł:
— Maciej wrócił?
— Wrócił, panie — odparła stara.
— Kilka dni nie będę w domu, Judka mnie zastąpi! Pamiętajcie o drzwiach.
— Dobrze, panie.
— A teraz dobranoc!
Stara zbliżyła się do okienka.
— Czego Maciejowa chce?
— Panie!... czy to prawda, że panicz nasz wrócił?...
— Wrócił, wrócił! — odparł lichwiarz z odcieniem zadowolenia w głosie — i kazał wam pensją podwyższyć...
— Pokornie dziękujemy panu — mówiła Maciejowa, całując w rękę lichwiarza — ale...
— Czegóż znowu?
— Czy nie mogłabym ja panicza zobaczyć?... Taż to już z osiem lat...
— Nie teraz. Kobiety mają za długi język.
— Nic nie powiem, panie mój złocisty, bodajem w ziemię wrosła... ale niech go zobaczę! On taki dobry, przysyłał nam