Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Od kogo on pożycza? — badał dalej głos z okienka.
— Od Abramka, od Millerowej...
— Powiesz im, że jeżeli komornik z magazynierką nie skończy, to oni mi straty zapłacą. Rozumiesz?
— Co nie mam rozumieć? — odparł Żyd, drapiąc się w głowę.
— Ale, ale! pójdziesz mi do ratusza, z tym złotym zegarkiem, co go tu wczoraj ten stary zastawił. To skradziony zegarek... trzeba dać znać.
— Poco dawać znać? — zawołał przerażony Judka. — Straci pan pięćdziesiąt rubli... Wolę ja od pana kupić i dam czterdzieści, to i tak jeszcze pan zarobi...
— Pójdziesz do ratusza...
— Jak to można, żeby taki interes z rąk wypuszczać? — mruknął Żyd.
— Ci, co się pokusom oprzeć nie mogą, upadną i pójdą w odrzucenie. Pójdziesz do ratusza.
W tej chwili zapukano do drzwi.
— Wyjdź, Judka, do Maciejowej i zaczekaj tam. Ktoś idzie...
Za chwilę miejsce Judki przy progu zajęła jakaś ubogo ubrana kobieta z zawiniątkiem w ręku.
— Niech będzie pochwalony...
— Na wieki wieków, amen! — odparł człowiek z okienka i pobożnie pochylił głowę. — A czego to sobie pani życzy?
— Przyszłam prosić łaski pana o trzy ruble — odpowiedziała kobieta z ukłonem.
— Cóż to za węzełek?
— Salopa, proszę łaski pana. Daliśmy za nią, będzie dwa lata, jedynaście rubli i pół kwarty wódki...
— Pokażcie!
Kobieta zbliżyła się do okienka, za którem wkrótce znikł człowiek w szafirowych okularach wraz z salopą.
— Hum! hum! dobry interes, ani słowa... Mole futro