Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


składam w imieniu mego wuja — dodał stłumionym głosem i położył dziesięć rubli.
Obecni spojrzeli po sobie.
— Musisz pan, panie Wolski, bardzo kochać swego wuja? — szepnął Piołunowicz.
— Kocham go, jak matkę! odparł Wolski.
Wandzia, zobaczywszy taką masę pieniędzy, złożoną dla jej biednej, opuściła rumiane usteczka, poczęła mrugać oczkami zrazu powoli, a potem coraz prędzej, wreszcie rozpłakała się i uciekła.
Obecni powstali.
— Zdrowie gospodarza i jego wnuczki! — zawołał ktoś.
— Niech żyją! odpowiedziano chórem.
— Panowie! dziękuję wam najserdeczniej — odparł spotniały starzec — a zarazem piję zdrowie naszego nowego przyjaciela, pana Gustawa, i jego wuja, który musi być szlachetnym człowiekiem.
— Drzewo poznacie po owocach — wtrącił pan Damazy — a wuja po siostrzeńcu. Niech żyją!...
Wolski ukłonił się, głęboko wzruszony. Chciał coś przemówić, ale umilkł nagle, jakgdyby wpadł w zadumę. Znajdował się on naprzeciw otwartego okna i patrzył w pomrokę, zalewającą pustkowie. Była już druga po północy, i tylko w dwóch odległych okienkach błyszczało jeszcze światło. Zdawało się Wolskiemu, że w jednem widzi cień szyjącej kobiety, a w drugiem cień pochylonego nad jakimś warsztatem mężczyzny.
Na ten widok przeszyło go dziwnie przykre uczucie. Z jakiej racji? — nie wiedział, podobnie jak nie domyślał się nawet, że jeden z dwóch niewyraźnych cieni należał do Hoffa, drugi do jego córki.
Toast, wzniesiony na cześć pana Damazego, otrzeźwił Gustawa.