Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nemu prezesowi w czasie wizyty u owego mechanika towarzyszył pan Antoni. Szanowny prezes ma nazbyt dobre serce!
Poprawkę tę przyjęto jednomyślnie.
— Dziadziu! — rzekła w tej chwili Wandzia — dziadziu! proszę do mnie...
— A czego, serce?
— Proszę na minutkę.
— Kiedy nie mogę wyjść; mów głośno.
— Czy mogę wziąć rubla z biurka?
— Na cóż to znowu?
— I, nic...
— Gadaj zaraz, mała, co się stało?
— Ta pani z góry nie ma na...
— Aha! weź! weź!...
— Panno Wando — odezwał się Damazy — czyliż nam nie wolno wiedzieć o sekrecie?
Dziewczynka nachyliła mu się do ucha i szepnęła:
— Widzi pan, to jest tak, że tamta pani nie ma na lekarstwo...
— Biedactwo!... A pani jej chcesz dać?
— Ośmielam się zaproponować, aby sprawa biednej kobiety, protegowanej przez pannę Wandę, na najbliższej sesji została przedstawioną — przerwał pan Piotr.
— Tego rodzaju kwestje najlepiej chyba rozstrzygać na miejscu — rzekł milczący dotąd Gustaw i sięgnął do portmonetki.
— I ja tak myślę! — poparł go Damazy. — Panno Wando, racz wziąć tacę do rączki i kwestuj.
Dziewczynka zrobiła tak; pan Damazy na początek położył trzy ruble, i niedługo taca napełniła się papierami bankowemi.
Mała kwestarka zkolei zbliżyła się i do Gustawa.
— To ode mnie — rzekł, kładąc srebrną monetę — a to