Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Uspokój się, kochany panie Hoff! — prosił Wawrzyniec.
— Wolny! wolny! i przyszedł dowiedzieć się, kiedy kopyta wyciągniesz, stara purchawko!...
— Uspokój się, kochany panie Gołembiowski! — wtrącił gość.
— Aaa!... — jęknęła Konstancja.
Hoff poskoczył za parawan.
— Krew?... Co tobie jest, córko moja... dzieci moje?..
— Co ci to... Brygito?... Co ci oczko podbito?... Podbiła mi matusia za zbytnika Jędrusia!... — śpiewał za oknem łotr.
— O Boże sprawiedliwy! — zawołał Hoff, siadając na ławie i obejmując głowę rękami. — Dzieci moje konają, a ja i grosza nie mam!...
— Znam pewnego szlachetnego człowieka, który na kwitek pożyczy — szepnął pan Wawrzyniec.
— No, bywaj zdrów, stary maśluchu! Ale, ale! muszę ci jeszcze na odjezdnem zabić muchę na łysinie!
To powiedziawszy, łotr uderzył ręką w głowę starca i za chwilę znikł między parkanami.

W pół godziny potem opuścił ruderę i pan Wawrzyniec, unosząc z sobą kwit na piętnaście rubli, za który dał Hoffowi pięć.


ROZDZIAŁ IV
W KTÓRYM PAŁAC OKAZUJE DUŻO SYMPATJI DLA RUDERY


Szanowny Klemens Piołunowicz wtorkowy dzień każdego tygodnia rozpoczynał i kończył uroczyście. Obudziwszy się