Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Giewałt!... co to jest? — zawołał Żyd przerażony, cofając się ku drzwiom.
— Jędruś! — krzyknęła kobieta, rzucając się ku dziecku. — O Boże! moja Helunia!...
Dziecko zanosiło się od płaczu.
— Któż znowu tak robi! — rzekł pan Wawrzyniec, zwracając się do obdartusa, który włożył ręce w kieszenie i śmiał się na całe gardło.
— Moje pieniądze! moje siedem rubli! — wrzeszczał Żydek. — Ja do policji pójdę...
— A nie masz, psiawiaro, materaców, co? — spytał obdartus z za okna.
Konstancja położyła dziecko za parawanem na łóżku i łkała. Za chwilę płacz jej przeszedł w gwałtowny kaszel.
— Fe! — oburzał się pan Wawrzyniec. — Któż słyszał być tak popędliwym! Dziecko rozbiło się, a ta biedna kobieta ma znowu krwotok. O Boże!
— Krwotok?... tam do djabła! Może pójść do Abrahama na ciepłe piwo... prawda, handele? — mówił obdartus, obojętnie przypatrując się swym ofiarom.
— Co ja mam robić? — pytał Żydek pana Wawrzyńca.
— Brać materace i umykać, bo tu są chorzy — odpowiedział zapytany.
Łkanie Konstancji rozdzierało serce.
Żyd szybko upakował poduszki i umknął. W sieni minął powracającego Hoffa, który wszedłszy do izby, jak skamieniały stanął naprzeciw okna.
— Gut morgen! stary trupie! — krzyknął obdartus.
Hoff podszedł do stołu, oparł się na nim rękami i patrzył w twarz mówiącego.
— Cóżeś tak gały wytrzeszczył, bonifratrze? Ludzi nie widziałeś, czy co?...
— Ten kajdaniarz wolny?... — mruknął starzec, jakby do siebie.