Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pan Wawrzyniec — mruknął Hoff, patrząc niespokojnie na córkę.
— Ale pobożna córka ma obowiązek prostować ścieżki ojcowskie... o, ma! — ciągnął gość.
— Ja tylko zapomniałam nalać... — odparła Konstancja, składając ręce.
— Zapomniałam nalać wody święconej — mówił przybyły — chociaż codzień powtarzam z psalmistą: Pokropisz mnie, Panie, hyzopem, a będę oczyszczony, obmyjesz mnie, a będę nad śnieg wybielony. Chi, chi, chi! Wieczór dobry, kochany panie Hoff.
— Upadam do nóg — odparł starzec, teraz dopiero powstając z krzesła.
— Wieczór dobry, kochana pani Gołembiowska! Jakże zdrowie pani i kochanej naszej Heluni?
— Bardzo dziękuję za pamięć. Dość dobrze. Niechże pan z łaski swej siądzie.
Gość nie siadał, lecz stojąc na środku izby, oparty na swej lasce, mówił dalej:
— To prawdziwy dowód opieki Boskiej, kiedy dość dobrze!... Jakie tu surowe powietrze... chu, chu!... zdaje się nawet, że parę widać. Więc krwotok się już nie powtarzał?
— Co? krwotok?... jaki krwotok? — zawołał Hoff, postępując krok naprzód.
Mizerna kobieta załamała ręce i rzuciła błagalne spojrzenie na drewnianą twarz gościa, który tym samym spokojnym głosem mówił:
— Kochany pan Fryderyk nic nie wie? doprawdy?... mój Boże!... i pocóżem się odezwał!
— Kostunia krwotok miała? kiedy? — pytał Hoff z najwyższym niepokojem.
— Będzie ze cztery dni... — odparł gość — no, ale to nic! Oczyściły się płuca... i, byle doktór...
— Dziecko moje, dziecko niedobre! — szeptał starzec,