Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ponurej rozmowy, zakończonej wyrokiem: „Oto wszystko, co ma, jest w ręce twojej.“

W tej chwili jakiś cień zwolna przesunął się poza parkanem zdziczałego ogrodu, a jednocześnie prawie zgrzytnęły drzwi.
Do sieni ktoś wszedł.


ROZDZIAŁ III
SZATAN I RODZINA JOBA.


Usłyszawszy łoskot, Konstancja zerwała się na równe nogi i machinalnie poprawiła fałdy zniszczonej sukni; Hoff podniósł głowę, a na twarzy jego błysnęła radość. W sieni tymczasem rozległ się cichy szelest kroków, a może i rozmowa paru osób.
— Pewnie ten pan!... — szepnęła córka.
— Z pałacu... — dodał Hoff.
— Ach, Boże! ojciec nie ma na sobie koszuli...
— Pfy! — syknął starzec i podniósł kołnierz surduta.
W tej chwili drzwi izby uchyliły się zwolna i oczekujący z niepokojem nędzarze zobaczyli w nich chudą rękę, która wyciągnęła się w kierunku kropielnicy, do futryny przybitej. Zdawało się, że ręka chce zasłonić wizerunek ukrzyżowanego Zbawiciela, ostatnią ucieczkę tych, których już świat opuścił.
Jednocześnie suchy głos odezwał się:
— Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus!...
Za ręką ukazała się wygolona twarz, szafirowe okulary i krótko ostrzyżone włosy, a następnie cały człowiek, szczupły i niski. Widmo to w długim paletocie, z okrągłym kapeluszem i laską w ręku, mówiło dalej:
— Pokój domowi uczciwego heretyka, który przecież boi się wody święconej. Chi, chi, chi!