Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Głos dzwonu spotężniał.
— „Otom ja służebnica Pana mojego...“
— I za wszystkich ludzi biednych jak my, i za tych, którzy nas nienawidzą — mruczał Hoff.
Zdawało się, że dzwon jęknął.
— „A Słowo stało się ciałem i mieszkało między nami...“
— I za ojca twego, ażeby Bóg ulitował się nad nim.
— O Boże! ostatnia nadziejo nasza, zlituj się nad nami! — szepnęła córka.
— Zlituj się nad nami! — powtórzył starzec jak echo, składając ręce i patrząc w niebo załzawionemi oczyma.
Potem zbliżył się do stołu i złamanym głosem począł znowu czytać Biblję.
„I stało się niektórego dnia, gdy przyszli synowie Boży, aby stanęli przed Panem, że też przyszedł i szatan między nie.
„Tedy rzekł Pan do szatana: Skąd idziesz? I odpowiedział szatan Panu i rzekł: Okrążyłem ziemię i przechadzałem się po niej.
„I rzekł Pan do szatana: Przypatrzyłeś się słudze memu Jobowi, że mu niemasz równego na ziemi? Mąż to doskonały i szczery, bojący się Boga i odstępujący od złego.
„I odpowiedział szatan Panu i rzekł: Izaż się Boga Job darmo boi?“

„Tedy rzekł Pan do szatana: Oto wszystko, co ma, jest w ręce twojej.“
Gdy tak czytał starzec, dzwon umilkł i nastała wielka cisza. Ptaki pierzchły, modląca się kobieta pochyliła głowę ku ziemi, a chore dziecko szeroko otworzyło oczy, jakby wpatrując się ze zdumieniem w tajemniczy blask, który zapełnił izbę nędzarzy. I zdawało się, że nagle bystry potok czasu wstrzymano, i że z odległości tysięcy lat dolatuje echo