Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pów, jarzyniarzy, których uratowałem od codziennych rabunków na przedmieściach… Dalej pójdą kobiety, które z nędzy kradły kartofle, a którym ja ich grzechy przebaczyłem; potem wystąpią nadobne amazonki, którym ratowałem życie, w chwili, gdy były ponoszone przez oszalałe rumaki… Następnie będzie maszerowało założone przeze mnie towarzystwo opieki nad jastrzębiami, które chłopi przygważdżają do drzew… Dalej — towarzystwo opieki nad chłopami, zmuszonymi wychodzić na roboty zagranicę… Potem przeciągnie bardzo wzruszająca grupa tyfoidalnych, których ocaliłem od śmierci, a nareszcie — grupa genjalnych chłopców wiejskich, którym dałem możność kształcenia się i wykierowałem na znakomitych wynalazców.
Po ukazaniu się każdej takiej grupy zachwycona publiczność będzie biła potężne brawo, krzycząc:
„— Niech żyje!… niech żyje Fitulski, prawdziwy przedstawiciel narodu!…“
Ja zaś wstanę ze złoconego fotelu, wystąpię na brzeg estrady i położywszy rękę na sercu, odpowiem wzruszonym głosem: „— Damy i panowie! Przeceniacie wartość moich obywatelskich czynów… (W tem miejscu podniosę rękę do oczu…) Jedyną moją zasługą jest ta, że umiałem czuć za miljony…“
Marzenia tak opanowały mnie (wbrew radom doktora), że widziałem przed sobą niby na jawie Dolinę Szwajcarską, tłumy dam, wyglądających jak różnobarwne kwiaty, legjony mężczyzn we frakach i białych krawatach, lud wiejski w sukmanach, lud podmiejski w garniturach z Pociejowa…
Wtem — zbudził mnie turkot. Gdzie jestem?… Aha!… na szosie… Z prawej i lewej strony widzę rozległe pola zasiane żytem i pszenicą… widzę zdaleka jakąś chatę otoczoną drzewami, a naprzeciw mnie o kilkadziesiąt kroków elegancki powóz, zaprzągnięty w pyszne kare konie… Na koźle furman i lokaj w liberji, zaś w głębi powozu — dama w popielatym