Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i bułki są!… Genjalny chłopak nie grzeszy łakomstwem… Choć wcale nie gniewałbym się, gdyby zjadł tę łykowatą szynkę i zakalcowate bułki. Ale gdym zbliżył się do torebki, która wisi pod siodełkiem, chłopak drgnął…
Torebka zamykała się w sztuczny sposób, którego prawdopodobnie chłopak nie znał. Otworzyłem i spostrzegłem, że niema w niej angielskiego klucza do odkręcania muter, który, kiedy wychodziłem z domu, był w torebce.
— Otwierałeś do torby?… — ostro krzyknąłem na łotra. — Wyciągnąłeś mi klucz?…
— Ani mi się śniło!… — odparł chłopak, czerwony jak wiśnia.
Nie wiem, cobym począł, gdybym był zupełnie spokojny. Ale słówko człowieka w wytartym surducie, że — mam cienkie nogi — tak mnie rozdrażniło, iż wywoławszy z restauracji otyłego gospodarza, opowiedziałem mu, co się stało.
W chwilę później żałowałem mojej popędliwości. Gospodarz bowiem, pasjonat jakich niewielu, rzucił się na chłopca, porwał go za włosy, a zdjąwszy z siebie pasek, zaczął walić bez miłosierdzia… Chłopak z początku tylko wił się i syczał; potem zaczął wrzeszczeć nieludzkiemi głosami, a nareszcie przyznał się, że wyjął klucz z torebki!…
— Gdzie schowałeś?… — pytał chrapliwym głosem restaurator, fioletowy z gniewu.
— Do drewutni — wyszeptał chłopak.
Ojczym wziął go za kark i powlókł w stronę dziedzińca, wciąż bijąc. W parę minut, które wydały mi się bardzo długiemi, powrócili obaj i restaurator — oddał mi klucz.
Już nie chciałem wracać do pokoju, tembardziej, że z kuchni dochodziły mnie spazmatyczne łkania dystyngowanej matki chłopca. Obrachowałem się z gospodarzem w sieni, a podczas gdym liczył pieniądze, on mówił zdyszanym głosem:
— Głowę psie ścierwo ma za dziesięciu… każdy zamek na-