Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mój syn zrobił jeszcze Mękę Pańską w butelce, szkatułkę, która się sztucznie otwierała, i mnóstwo innych wynalazków…
— Ależ to genjalny chłopiec!… — zawołałem.
— Pracowałam nad nim — westchnęła dama. — Od dziecka czytywałam mu pana Mickiewicza, pana Dumasa, pana Kraszewskiego…
— Jakież zamiary ma pani co do tego chłopczyka? — spytałem.
— Ksiądz proboszcz radził oddać go do ślusarza… no, ale daruje pan, nie mogę pozwolić, ażeby prawnuk Trójogona Rozpruwalskiego był rzemieślnikiem!… Zaś pan nadleśny mówi, ażebyśmy posłali go do Szkoły Politechnicznej i zapewne tak się zrobi, jeżeli wygramy na loterji i pospłacamy długi.
— Trzy porcje kiełbasy! — wrzasnął gospodarz, znowu uchyliwszy drzwi. Dama pobiegła do kuchni, a w chwilę później brudna służąca wniosła do pokoju pieczeń wieprzową z kartoflami. Zamówiłem dwie szklanki herbaty i siadłem do jedzenia, które wydało mi się bardzo smaczne.
Szybko załatwiłem się z pieczenią, sama pani przyniosła mi herbatę… Ledwie jednak włożyłem cukier i zamieszałem, w sali rozległ się straszny hałas a w otwartych drzwiach stanął gospodarz.
— Lubomirze! — zawołała pani — tam biją się…
— I nie!… — odparł obojętnym tonem. — Wyrzucili za drzwi Bartka i jego opiekuna…
— Czy i dziś proszą gości o błogosławieństwo?…
— Rozumie się — rzekł gospodarz — i zwracając się do mnie, zapytał:
— Czy pan kazał Felkowi pilnować welocypedu?
— Tak, prosiłem go o to…
— No no… — mruknął gospodarz i cofnął się do hałaśliwej sali, kręcąc głową.