Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dlatego, jeżeli mam być szczerą, radziłabym pieczeń wieprzową…
— Zdaję się na gust pani…
— I będzie pan zadowolony…
Miałem wrażenie, że rozmawiam z księżną. Nagle uchyliły się drzwi od restauracji i błysnęła w nich rumiana, spocona twarz gospodarza.
— Elodjo!… — krzyknął, aby zapanować nad restauracyjnym gwarem — dlaczego te psie ścierwa nie podają kiszki z kapustą?…
Zniknął za drzwiami, dama pobiegła do kuchni i wydawszy rozporządzenia, powróciła z wyrazem smutku na twarzy. Porównywając wytworną kobietę z jej grubjańskiem otoczeniem, byłem wstrząśnięty… Ona spostrzegła to i — bez wstępów — odezwała się tonem gorzkiej ironji:
— Odgaduję myśli pańskie… Jestem też pewna, że gdyby mój dziadek, Trójogon Rozpruwalski, mógł wstać z grobu, skonałby drugi raz, zobaczywszy mnie w podobnej sytuacji…
Byłem tak zmieszany, że nie wiedziałem, co odpowiedzieć… Szczęściem wzrok mój padł w tej chwili na komodę, gdzie spostrzegłem parę ciekawych przedmiotów.
— Co to jest? — zapytałem, wskazując na jakiś niby model.
— O, przed panem nic się nie ukryje! — odparła dama z uśmiechem. — To jest młyn, zrobiony przez mego syna, który ma dopiero czternaście lat…
— Aha!… tego, co pilnuje roweru — wtrąciłem.
Dama lekko zarumieniła się.
— Ten młyn poruszał się — mówiła dalej — ale pewnego dnia nasz sąsiad, pan nadleśny, zanadto silnie nakręcił sprężynę, więc pękła i od tej pory młyn stoi… A to jest katarynka…
Zaczęła obracać korbą, a w drewnianem pudełku rozległy się piskliwe tony.