Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A wyciągnąwszy pięść w stronę tych, którzy prosili mnie o błogosławieństwo, dodał podniesionym głosem:
— Ja was, śmirusy, nauczę zaczepiać ludzi po restauracjach!…
Wyszedłem do drugiego pokoju, w którym znajdowała się politurowana szafa i komoda, kilka wyścielanych krzeseł, stół nakryty kolorową serwetą i kanapa obita materjałem w niebieskie kwiaty. Na ścianach, oprócz lustra w złoconych ramach, wisiało kilka obrazów, z pomiędzy których uderzył mnie popstrzony przez muchy portret Garibaldiego i niewyraźna bitwa, zdaje się pod Magentą.
Jednocześnie otworzyły się drzwi od kuchni i ukazała się w nich wysoka, szczupła dama, lat około czterdziestu. Miała na sobie różową bluzkę, popielatą suknię z długim ogonem, a pod szyją broszkę z wizerunkiem jakiegoś gmachu.
Na obliczu damy, nieodznaczającem się pięknością, malowała się duma i zmęczenie, które wnet zatarł melancholijny uśmiech. Z godnością skinęła mi głową i zapytała, czego sobie życzę.
Dama, jak powiedziałem, nie była ani piękną, ani zbyt młodą. Lecz na tle kuchennych swędów i wrzawy restauracyjnej wydała mi się istotą niezwykłą. Musiała dostrzec życzliwość w mojem spojrzeniu i ukłonie, ponieważ oblicze jej złagodniało.
— Pan pragnąłby przekąsić? — zapytała powtórnie, wykonywając głową ruch pełen dystynkcji.
— A co jest?
— Wszystko, co pan każe.
— Więc mógłbym prosić o bifsztyk?…
— Naturalnie — odpowiedziała, lekko wzruszając ramionami. — Chociaż zwrócę pańską uwagę, że my, w naszym partykularzu, nie mamy stołecznej polędwicy, do której pan przywykł…
— O, proszę pani… — wtrąciłem.