Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wybredny jest ten ósmy numer! Ciekawość, czy swoje odsiedzi?...
— To się pokaże — odparł chemik.
— Co on mówi? — spytał Juljan.
— Za długo był na galerach — objaśnił Gneist — a teraz za mało przestaje z ludźmi, więc posługuje się dawnym słownikiem.
— Cóż znaczy ten ósmy numer?
— To, że przed tobą było tu już siedmiu laborantów.
— I wszyscy uciekli? — spytał Juljan.
— Rozmaicie — rzekł Gneist.
— Paru strzeliło sobie w łeb, ale tylko jeden powiesił się — wtrącił eks-galernik.
Juljana chłód przeszedł. Stary chemik wykluwał zęby piórkiem.
— Cóżby pan zrobił, gdybym i ja uciekł? — zapytał po chwili Juljan.
— To samo, cobym zrobił, gdybyś tu wcale nie przychodził. Po mojej śmierci, dosyć zresztą bliskiej, zapisałbym bibljotekę i laboratorjum Akademji. Nieśmiertelni, jak zwykle, zmarudziliby kilka lat, wreszcie ogłosiliby moje odkrycia. Wówczas do dalszych poszukiwań wzięłoby się kilkuset badaczy, podzieliliby pracę i w ciągu roku znaleźliby to, nad czem jednostka może ze dwadzieścia lat ślęczyć.
W sercu Juljana obudziło się coś nakształt zazdrości.
— Nie! — pomyślał. — Nikt inny nie zrobi tego odkrycia tylko ja, choćbym miał trzydzieści lat stracić...
Eks-galernik przyniósł maszynkę z kawą i zabrał talerze. Spoglądał na Juljana z wyrazem pogardliwej wyższości, chociaż bez niechęci.
— Komu pan ma zamiar oddać swoje hydrometale? — zapytał Juljan chemika.
— Tobie — odparł starzec — jeżeli za wcześnie nie uciekniesz.