Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy myślisz, że wielkie odkrycia robią się łatwiej, albo bezpieczniej?...
— Dotychczas los pomagał wynalazcom — szeptał Juljan.
— Jednemu pomagał, stu zabijał — odparł Gneist — ludzkość zaś zna tylko szczęśliwych... Zresztą — dodał — kto ci zaręczy, że i tobie los nie pomoże? i że za pierwszem zanurzeniem obcęgów w sito, nie trafisz na upragnione ziarno?...
— Albo zginę.
— I to być może — spokojnie odparł stary chemik. — Sława jak orzeł mieszka na niedostępnych szczytach. Trudno tam dojść, łatwo po drodze zmarnieć.
Łoskot otwierających się drzwi zbudził Juljana. Widzenia znikły. W pokoju stał rzeczywisty Gneist, bez sita i obcęgów.
— Będziemy jedli obiad — rzekł.
— Ciężka praca czeka mnie tutaj — mruknął Juljan, odpowiadając swoim własnym marzeniom.
— Przyzwyczaisz się — odparł zimno Gneist — albo odejdziesz stąd, jeżeli ci się sprzykrzy...
„Prawda, że mogę odejść w każdej chwili“ — pomyślał Juljan i uczuł, że mu wraca spokojność.
Obiad składał się z buljonu, kawałka nieosobliwie upieczonego mięsa i kilku łyżek fasoli, co wkońcu zapito szklaneczką cierpkiego wina. Najskromniejszy robotnik paryski żywił się lepiej, aniżeli Gneist, za którego wynalazki w tej chwili zapłaconoby miljony.
Niemniejsze ubóstwo zdradzała zastawa stołu: wyszczerbione talerze fajansowe, noże i widelce źle osadzone w białych trzonkach, blaszane łyżki — oto serwis starego chemika. Przynosił im potrawy eks-galernik, człowiek w połatanej kurtce, który zapewne nie znał mydła ani grzebienia, a swego pana traktował z szorstką poufałością.
Widząc, że Juljan zostawił na talerzu połowę mięsa, eksgalernik zrobił ustami pogardliwy grymas i rzekł do Gneista: