Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chemikowi poczerwieniały blizny na twarzy. Wyjął kulę z wody, położył na podłodze i wydobywszy z pod szafy toporek, z niezwykłą siłą przeciął kulę na dwie części. Mniejszą podał Juljanowi, większą znowu rzucił w miednicę. Pływała.
— A to, czy jest faktem?...
Juljan rozłożył ręce.
— Nie rozumiem — rzekł.
— A rozumiesz potas, pływający na wodzie? — spytał starzec.
— Potas co innego.
— Co innego, bo już figuruje we wszystkich książkach i laboratorjach, gdzie kiedyś znajdzie się i mój hydrometal. Czy zrozumiesz go dopiero wówczas?
Gdy to mówił stary chemik, drżały mu usta. Wnet jednak opanował się i ciągnął dalej:
— Jest to wynik bezwładności ludzkiego umysłu, że z oporem przyjmuje każdą nową prawdę. Niema też tak skromnego wynalazku, który nie byłby postrachem ciężkich mózgów i pośmiewiskiem dla głupców. Rutynista jest jak wilk, głupiec jak kogut; ile razy błysną promienie wschodzącego słońca, pierwszy ucieka do lasu swoich teoryj, drugi trzepocze skrzydłami i pieje: cha! cha! cha!... Jeżeli między takich sędziów padnie myśl oryginalna, zdepczą ją, jak świnia perłę. To też mnóstwo umysłów jałowieje ze strachu, ażeby nie paść ofiarą ludzi płytkich, którzy jutro będą karmili się chlebem, dziś przez nich samych oplutym.
— Pięknie mnie pan nawracasz do swoich teoryj — przerwał z goryczą Juljan.
Rozgniewany starzec opamiętał się.
— Z tobą jest inny wypadek — odparł. — Ty sam jeden poznałeś u mnie nową prawdę; prawda zaś jest brzemieniem, które bez trudu znieść może tylko wielu ludzi. Gdybyś, wróciwszy do Paryża, spotkał dziesięć, sto, tysiąc osób, dowodzących, że już ziemia nie obraca się naokoło słońca, zląkłbyś się