Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to, nad czem ja naprzykład musiałbym dwadzieścia lat pracować. Cóż?...
— Chcę spać — odparł Juljan stłumionym głosem. — Tylko spać...
— Wygląda, jakby wczoraj został mężatką — mruknął stary chemik. Wziął Juljana pod rękę i przez sień zaprowadził do pokoju, do którego w nocy weszli najpierwej.
Juljan upadł na skórzaną kanapę i głęboko zasnął.


IV.

Obudził się około południa, a pierwszem uczuciem, jakiego doznał na widok szarych ścian pokoju i półokrągłych okienek, było zdziwienie. Po chwili przypomniał sobie wypadki ubiegłej nocy i pomyślał, że chyba marzył, ujęty snem pijackim. Jednocześnie uczuł ból lewej ręki i spostrzegł, że jest obandażowana. Kto ją obandażował?... Usiadł na kanapie i w głębi pokoju, przy stole, na którym gotowała się kawa w maszynce, zobaczył starego chemika. Tak, to on. Ta sama twarz bez brwi, okryta bliznami, lewa ręka bez dwu palców...
Patrzyli sobie obaj w oczy; starzec spokojnie, gość z gniewnym podziwem. Wreszcie odezwał się Juljan:
— Co znaczy ta cała komedja?
Starzec pokiwał głową.
— Jeszcześ się nie rozbudził — rzekł — nowe wrażenia trochę cię odurzyły. Ale zaraz się orzeźwisz.
Otworzył żelazną szafę, wydobył stamtąd metalową kulę, podał Juljanowi i patrząc, ironicznie zapytał:
— Czy to jest fakt?...
— Blaga — odparł Juljan.
Przy drzwiach stała miednica z wodą. Chemik rzucił na nią kulę. Pływała.
— Fakt? — spytał znowu starzec.
— Oszustwo — odparł Juljan.