Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


JEDEN Z WIELU.

Mój przyjaciel, pan Karol, był śniadym brunetem. Miał szare oczy, które drażnią kobiety — i taki spokój w obejściu, który jedna mężczyzn. Mówiono, że jest przystojny, choć spierano się o jego temperament: jedni nazywali go łagodnym, inni — poprostu flegmatykiem.
Od dziecka był sierotą. Została mu tylko starsza siostra, guwernantka, przy pomocy której ukończył gimnazjum. Ona też namówiła go, że wszedł do uniwersytetu i następnie radziła, ażeby nie żenił się i — ażeby kierował się na adwokata.
Karol tak dalece nie miał ochoty do sporów, nawet przy kratkach, że wolał zostać sądownikiem. Tak zaś mocno kochał się (będąc jeszcze studentem) w pewnej pannie Gabrjeli, że skoro uzyskał posadę asesora w prowincjonalnem mieście, ożenił się.
Póki był kawalerem — sędziowie, prokuratorzy i adwokaci, mający siostry lub córki na wydaniu, rozrywali go. Rzadko jadał obiad na własny koszt, a prawie nigdy nie bywał na kolacji w domu. Karmiono go tak, że nabrał ciała. Chwalono jego zdolności, przyjaciele zaś klęli się, że gdy przyjdzie reforma sądowa, to pan Karol zostanie sędzią, jeżeli nie prezesem. Na taki urząd on jeden posiadał kwalifikacje — w oczach panien na wydaniu i ich rodzin.
Tylko siostra guwernantka, znudzona swojem dziewictwem, a może i zmęczona przypadkami histerji, nieraz mówiła, że pan Karol nie dojdzie do niczego. On uśmiechał się, słuchając