Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Trzeba wiedzieć, że Norcio, w miarę jak mu wątroba rosła, podejrzewał coraz większą liczbę ludzi o chęć zasadzania się na całość i bezpieczeństwo jego osoby. Powodu, dla którego mieliby tak robić, nie wiedział, odgadywał jednak, że chętnie zrobiliby to — „przez podłość,“ czyli z amatorstwa.
Nadciągnął wieczór długi i nudny. Franuś patrzył zpodełba na Norcia, a Norcio na Franusia. Plunio rozmawiał z panną Cecylją i chwalił jej ogródek, jej suknią, jej sposób noszenia włosów, słowem — wszystko, co do niej należało. Ojciec Cesi chodził zafrasowany i ziewał.
Przed jedynastą Franuś znikł, a wkrótce po nim Norcio i Plunio pożegnali towarzystwo i udali się do pokoi gościnnych.
Na progu przeznaczonej dla niego sypialni, zirytowany Norcio nagle zatrzymał się, słysząc, że ktoś rozmawia.
Poznał głos Frania, który wypytywał służącej:
— Cała pościel czysta?
— A ino? — odparła służąca.
— Okienicę zamknęłaś?
— A jużci.
— Zapałki tu są?
— Co nie mają być.
— No, to teraz przynieś wody w miednicę i w karafkę. A tylko o szklance nie zapomnij.
Służąca wyszła i otarła się o Norcia, który z zaiskrzonemi oczyma wbiegł do pokoju.
— Co pan tu robisz? — zapytał Frania.
— Cóż mam robić? Zobaczyłem, czy wszystko w pokoju pańskim jest jak być powinno.
— A nadewszystko — czy jest woda do picia! — ryknął Norcio.
— Dobranoc panu! — odparł Franuś, wykręcając się na pięcie, i — wyszedł.