Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Norcio przetrzymał kilka minut i blady, wzruszony pobiegł do pokoju Plunia, leżącego w innej stronie domu.
— Co ci jest? — zawołał Plunio, widząc go tak zmienionym.
— Struć mnie chciał, jak Boga kocham! — szepnął Norcio.
— Kto znowu? Dajże pokój!
— A ten Franuś galernik! — odpowiedział Norcio, a potem dodał, ściskając Plunia za rękę:
— Słuchaj! czy jesteś moim przyjacielem?
— Ależ czy możesz wątpić o tem?
— Więc proszę cię, abyś uważał na wszystko w tym domu. Pewny jestem, że mnie ten łotr dziś w nocy napadnie.
— Rachuj na mnie — rzekł Plunio, odprowadzając do drzwi zagrożonego przyjaciela.
Zostawszy sam, Plunio zamyślił się. Obawy Norcia wcale go nie niepokoiły, widział bowiem, że Franuś wygląda raczej na gamonia, aniżeli na kochanka Cecylji, a tem bardziej na zbója. Pomimo to, nie starał się przekonywać Norcia, lub uspakajać go, ponieważ zdawało mu się, że lepiej będzie, jeżeli przyjaciel jego nie ożeni się, ani z Cesią, ani z żadną inną kobietą.
Zresztą dzień pobytu na wsi znudził go i Plunio chętnie powiększyłby dozę obaw i podejrzeń Norcia, byle tylko rychło wrócić do miasta.
Tajemnym pragnieniom jego, okoliczności nadspodzianie pomogły. Gdy bowiem korzystając z pięknej nocy wyszedł do ogrodu i — niechcący — zbliżył się ku otwartemu oknu ojca Cesi, usłyszał w pokoju rozmowę.
— Gdyby nie szacunek dla wuja — mówił Franuś — jużbym go psami wyszczuć kazał. Ależ to brutal, fiksat!
— No, prawda, że jest szorstki, ale któż znowu gości psami szczuje? On jutro i sam pewnie wyjedzie, widząc, że go chłodno przyjmujemy — odpowiedział ojciec Cesi.