Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wsunął zręcznie honorarjum w rękę znakomitego operatora, który na pożegnanie rzekł do Norcia:
— Panu dobrodziejowi radziłbym też chory ząbek usunąć, gdy rozdrażnienie przejdzie.
— Jak umrę, panie, to będę prosił o wyjęcie! — mruknął Norcio, nie patrząc nawet na kłaniającego się doktora dentystę.
W parę tygodni później Plunio miał ząbki jak perły, ale Norcio nie mógł się uspokoić. Był on wprawdzie mniej gwałtowny, ale zrobił się jeszcze drażliwszy i jeszcze bardziej zbolały niż kiedykolwiek. Pluniowi mniej wymyślał, natomiast jednak zaczął podejrzewać jego nieograniczone przywiązanie do siebie.
— Muszę się ożenić — myślał Norcio. — To mnie uspokoi, a zarazem uwolni od przyjaciela, który dla mojej przyjemności każe sobie o zakład rwać zęby!
Z tem wszystkiem nie miał odwagi samodzielnie zerwać z Pluniem, a nawet zaproponował mu, ażeby razem z nim pojechał w konkury do panny Cecylji, do której się wybierali poprzednio.
Plunio zgodził się na to, sprawiedliwie sądząc, że w tak ważnej chwili przyjaciel obejść się bez jego usług nie potrafi.


∗             ∗

Gdyby Norcio, jadąc w zaloty, mógł był zostawić w Warszawie swoją nerwową naturę, a natomiast zabrać pakę cukierków dla pięknej Cecylji, — byłby już niewątpliwie do tej pory szczęśliwym mężem i ojcem. Na nieszczęście zrobił wprost przeciwnie: zapomniał o cukierkach, a wziął ze sobą Plunia, chory ząb i masę żółci.
Słuszność nakazuje wyznać, że zarówno panna Cecylja, jak i całe jej otoczenie, przyjęli obu mężczyzn wyśmienicie. Lecz, w kilka godzin po powitaniu, na gościnny dom wiejskiego szlachcica spadła jakaś ogromna chmura kwasów.