Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zdjął kapelusz i pędził jak warjat.
Wpobliżu wód mineralnych ujrzał przed sobą człowieczka pulchnego, miłego, ze sztywnemi wąsikami, pod któremi igrał porcelanowy uśmiech, zakończony wcale ładną hiszpanką.
Na widok uśmiechu w chwili, gdy z powodu mizernego guzika stracił względy damy, Norcio wpadł we wściekłość. Zbliżył się wielkiemi krokami do nieznajomego i — zdecydowany na najgorszą awanturę, krzyknął groźnie:
— Czego się pan śmiejesz?
Był pewny, że nieznajomy rzuci się na niego.
— Ja panie?... Ja się wcale nie śmieję — odparł nieznajomy z miną słodką jak miód. — Ja wogóle jestem raczej melancholiczny niż wesoły — dodał.
— Kłamiesz pan! — przerwał mu Norcio, z nowym atakiem gniewu.
— Ale jak Boga kocham, mówię prawdę! I nawet powiem panu, że kiedy w naszem kółku mieliśmy urządzić teatr amatorski i grać Hamleta, to wszyscy mnie gwałtem do objęcia tej roli namawiali.
— Więc jeżeli pan nie kłamiesz, to czemu drżysz?
— Ja drżę? — spytał nieznajomy. — Ależ panie, ja nigdy nie drżę.
To mówiąc, drżał jak galareta i uśmiechał się jak cherubin, w jednym z bocznych ołtarzy małomiasteczkowego kościoła.
Norcio patrzył na niego i milczał, nie wiedząc, co teraz powiedzieć.
— Pozwoli pan, abym, korzystając z miłej okazji, przypomiał się...
I uchylając kopelusza, dodał:
— Jestem Placyd Kichalski...
— Ja pana nigdy nie widziałem, nazwiska nie pamiętam... Nie znam pana! — odparł Norcio.