Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Z takiej, że pan ciągle kipiał gniewem...
— To nie ja!... to major!... On nieustannie kipi... Ja mam zimną krew, umiem panować nad sobą... Niech Helenka powie.
— Ja już tatkowi nieraz mówiłam, że pan major jest łagodny, a tatko pasjonat...
— Ja pasjonat? Przy moim takcie, przy mojem umiarkowaniu?... Jestem trochę żywy, to prawda, ale nigdy nie przejdę pewnej granicy.
Major wzruszył ramionami.
— No, kochany Józiu — rzekł pozwól, abym poszedł w twojem imieniu do Dyndalskiego, boć przecie z nim trzeba skończyć...
— Ach! panie majorze, tylko żeby pojedynku nie było! — prosiła go Helenka, składając ręce.
— Idź! idź!... kiedy chcesz — odparł Robek. — Zobaczymy zaraz twoją zimną krew.
Gdy major wyszedł, Robek rzekł do Wiolińskiego.
— Mój panie! przegrałem zakład i mnóstwo rozmaitych strat poniosłem, ale żadna mnie tak nie boli, jak upór majora. Człowiek ten nie zna siebie i przed wszystkimi rozgaduje, żem ja złośnik, a on musi moje głupstwa odrabiać... Głupstwa!... No — a przysięgam wam, że gdybym ja go nie hamował, już do tej pory alboby nie żył, albo... miałby mnóstwo procesów kryminalnych. Tylko mu naturalnie nie powtarzajcie tego. Wolę ja w jego oczach uchodzić za półgłówka, aniżeli rozdrażnić go i doprowadzić do wybuchu!
— Bardzo słusznie! bardzo słusznie! — potwierdził Wioliński, który rad był jak najrychlej pożegnać pełnego zimnej krwi Robka i jak najrzadziej przekonywać się o jego niezrównanym takcie.
Major wrócił.
— I cóż?... — spytała Helenka, blednąc.