Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkiem powiedzieć, że kwasu tego narobiła twoja gwałtowność. Dziwię się, że człowiek w takim wieku może dopuszczać się podobnych wybryków i ostrzegam cię, że jeżeli się nie pohamujesz...
— Ja mam się hamować, ja? — pytał Robek. — I ty mi to mówisz?...
— Czy nie mam prawa?
— Rozumie się, że nie masz... Ja ani na chwilę nie straciłem zimnej krwi i o tem tylko myślałem, ażeby ciebie od awantury powstrzymać...
— Ty mnie? — pytał zdziwiony major.
— Jeżeli nie wierzysz mi, to pytaj Helenki, pytaj pana Wiolińskiego... Oni widzieli, jak pracowałem nad tem, aby cię powstrzymać od dzikiego wybuchu...
— Mnie?...
— Naturalnie! Ile razy dostrzegłem w tobie cechy zbliżającej się pasji, prosiłem, błagałem cię, uspakajałem...
— Ależ człowieku, tyś mi mówić zabraniał!...
— To! to... właśnie!... — krzyknął Robek. — Wybuchnąć ci zabraniałem.
— Powiadam ci, żeś mi mówić zabraniał i wyszedłeś na tem najgorzej.
— Jakim sposobem?
— Takim — odparł major — że ja, widząc na co się zanosi, chciałem ci zaproponować, abyś nie posuwając rzeczy do ostateczności, uznał zakład za przegrany. Ale ty nie dałeś mi przyjść do słowa!...
Robek załamał ręce.
— Mój kochany majorze, ty siebie nie znasz... Najlepiej więc zapytaj pana Wiolińskiego, jaką miałeś minę, kiedym cię reflektował?
— W istocie — odezwał się Wioliński — pan major miał taką minę, jakby chciał reflektować pana, panie Robek...
— Mnie?... z jakiej racji?