Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No nic! — odparł Rombalski. — Opowiedziałem mu jak było i przeprosiłem za popędliwość Józefa...
— Za moją?... Dobrze, niech i tak będzie! — wtrącił Robek.
— Skończyło się jednak na tem, że Dyndalski mieszkać tu już nie chce.
— Taki dobry lokator! — westchnął Robek.
Gdy major i Wioliński pożegnali stroskaną familją, Robek rzekł do córki:
— Oto masz, co mi narobił ten twój łagodny major! Zmusił mnie do zakładu z tym golcem, niby artystą, któryby nawet fortepianu porządnie nie wyczyścił i — pozbawił mnie najakuratniejszego lokatora. Nie mówię już o tem, że nas okradli, że mogę mieć proces z babami i żeś ty kreton zgubiła...
— Ależ tatku, wszakże major spokojny człowiek. Co on komu złego zrobi, choćby się najbardziej rozgniewał?
— Co mi tu pleciesz, pleciucho?... — krzyknął ojciec, wytupując nogami. — Widziałaś ty jego oczy, hę?...
— To też on tylko oczy i brwi ma straszne, ale się nigdy nie gniewa.
— No, więc powiedz, dziewczyno, gdzie ty masz logikę, gdzie regestr w głowie?... Jeżeli on jest taki straszny nawet wówczas, kiedy się nie gniewa, to jakiżby on był wtedy, gdybym ja go nie pohamował we wściekłości.
Helena nie wiedziała już, co na to odpowiedzieć.
— Tobie się zresztą nie dziwię — mruczał stary — boś młoda, niedoświadczona. Ale on, on, osiemdziesięcioletni człowiek, także nazywa się spokojnym, a mnie robi gwałtownikiem. Oj! miał świętą racją ten wielki filozof, który powiedział, że poznać siebie trudno!