Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jaśnić! Był na wojnie, a co trupem położył, Bogu tylko wiadomo!
Takie wmawianie krwiożerstwa i pasji w człowieka spokojnego wydawało się artyście dosyć nienaturalnem. Ponieważ jednak był arcypojednawczych usposobień, postanowił zatem nie narażać się i obserwować gwałtownego majora. Zawszeć to okaz niepowszedni!
— Cóż, układacie panowie warunki? — spytał major, wchodząc do ich pokoju.
— Właśnie! właśnie!... Pan Wioliński będzie komponował tu, u mnie, natychmiast. Fortepian jest, niedawno nastrojony... Godzinę ciszy także znajdziemy, w moim... hałaśliwym domu!
— Więc zaczynamy zaraz? — spytał major uroczyście.
— Ależ moi panowie, to jest niemożliwe — rzekł artysta. — Natchnienie nie przychodzi na zawołanie...
— Cisza w moim hałaśliwym domu także nie przychodzi na zawołanie — odparł zgryźliwie Robek. — Otóż ja panu obstaluję ciszę, a pan niech sobie obstaluje natchnienie. Jedno warte drugiego.
— Niesłychana rzecz! — szepnął Wioliński.
— Panie! zakład święta rzecz! — wtrącił major, podnosząc brwi.
Teraz dopiero młody kompozytor spostrzegł, że wogóle łagodna fizjognomja Rombalskiego wydaje się złowrogą. Jego spokój i dobroduszność były widocznie maską okrywającą wulkan...
— Jakże, panowie, więc ja już nie mam prawa wychodzić stąd?...
— A tak! — rzekł major.
— No, niby można będzie na parę godzin — wtrącił Robek. — Ponieważ jednak tak niewiele brakuje panu do ukończenia sonaty...
— Rundele... pobielam!... — odezwał się głos za oknem.