Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie znajdzie u mnie... no... całej doby ciszy, to mi przepadnie u niego czynsz półroczny.
— A jeżeli znajdzie? — spytał major.
— To mu nie oddam jego awizacji i sam odbiorę pieniądze! — odparł kipiący Robek.
Podali sobie ręce, śmiejąc się: Wioliński wesoło, Robek szyderczo. Major przeciął.
— Wypłata natychmiast! — rzekł major.
— To zależy od umowy — odparł młodzik, którego tknął jakiś niepokój na myśl o stracie pięćdziesięciu rubli.
— Hę?... — spytał major, nie rozumiejąc o co chodzi.
— Ależ tak!... tak będzie, jak mówisz!... — przerwał Robek, ciągnąc Wiolińskiego do dalszych pokoi.
— Mój panie! — rzekł do artysty, gdy zostali sami. — Pan mi coś bardzo lekko traktujesz majora?
— Cóż znowu?...
— Rozumie się!... Pan rozmawiasz z nim jakby oto z pierwszym lepszym... Przerywasz mu pan, odpowiadasz z drwinami... Pan się narażasz!
— Jakim sposobem i wobec kogo? — spytał zdziwiony Wioliński.
— Mówmy ciszej! — rzekł Robek. — Wobec niego... To straszny człowiek...
— On?... Ten stary safanduła?...
Robek zasłonił uszy.
— Nic mnie to nie obchodzi — rzekł gwałtownie — jeżeli pana nieszczęście spotka... byle nie w moim domu. Na ulicy możesz mu pan zrobić grymas, skoro panu życie zbrzydło, ale tu ostrzegam, że Rombalski jest największy pasjonat, jakiego ziemia nosi...
— On?...
— To — powiadam panu — wściekły... wściekły krokodyl!... Mnie całe życie schodzi na tem, ażeby go ułagodzić!... U niego, panie, zabić człowieka to... fu!... tyle co świecę ob-