Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ha! trudno — rzekł, usłyszawszy to, Wioliński. — Siadam do fortepianu, ale jeżeli nie będę miał godziny spokoju...
— Robek daruje panu czynsz półroczny — zakończył major.
Gospodarz uśmiechnął się gorzko, nie dlatego, aby wątpił o wygraniu zakładu, lecz z powodu bezczelnej rezygnacji Wiolińskiego, która uwłaczała domowi i świadczyła jak najgorzej o umyśle i sercu młodego człowieka.
„Co za upór! — pomyślał Robek. — Pięćdziesiąt lat mieszkam tu, a on chce mi dowieść, że niema godziny spokojnej. Pod mojem okiem i wobec mojej sprężystości!“
Wioliński siadł przy fortepianie, a major spojrzał na zegarek. W tej chwili było istotnie cicho.
— Słychać, jak leci mucha w trzecim pokoju! Uważasz? — spytał Robek majora.
— Cicho! — rzekł Rombalski.
— Jakto, więc mówić nie można?
— Pst!...
Muzyk uderzył parę akordów.
— Sonata! — rzekł Robek, trącając Rombalskiego.
— Zakład — szepnął major.
Ruchliwy gospodarz począł się krzywić.
— Może w szachy zagramy? — spytał.
— Tylko w szachy!
Sprowadzili przybory, usiedli i otoczyli się kłębami dymu.
Po kilku minutach gry, major wziął Robkowi laufra.
— Co to jest? — zawołał gospodarz.
— Strzelec wzięty! — odparł chłodno major.
Robek umilkł, lecz chcąc ulżyć swemu oburzeniu, począł walić o szachownicę pionami tak gwałtownie, że Wioliński wstał od fortepianu.
— Czy to już godzina? — zapytał Robka.
— Albo co?
— Ciszy niema! — odparł z uśmiechem muzyk.