Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Robek nadstawił ucha.
— Nie słyszę nic! — rzekł stanowczo.
— Jakto, więc nie słyszy pan tej przeraźliwej harmonijki?
— A... No, to żaden hałas, on tak gra po całych dniach...
— Widzi pan! — przerwał triumfująco Wioliński.
Istotnie harmonijka grała tak zawzięcie, że aż się płakać chciało.
Robek otworzył lufcik.
— Kości kupuję!... Kości!... — doleciał głos z podwórza.
— A co?... czy spokojny dom?... — pytał Wioliński, podkręcając wąsika.
— Cicho, ty hultaju! — wrzasnął Robek na chłopca. — Piotrze! — zawołał stróża. — Jak mi ten łotr kwiknie kiedy na swojej harmonji, to mu ją o łeb rozbiję...
Harmonijka, stęknąwszy żałośnie — umilkła.
— Jezus! Marja! — odezwał się w podwórzu głos niewieści. — Chłopak już z kwartał gra i nawet ładnie się poduczył, a gospodarz dopiero mu dziś zabrania...
Robek był ciężko zmartwiony i mówił, nie patrząc na młodzika.
— Złej tanecznicy i fartuch zawadzi! Ale mniejsza o to... Jak mi zdrowie miłe, nie zważałem na harmonijkę... Odtąd będzie już pan miał spokój jak w grobie, jak w klasztorze... Choć swoją drogą nie wierzę, abyś pan za życia skończył ową sonatę, czy jak tam...
Lekceważenie jego genjuszu ubodło Wiolińskiego.
— Panie! — rzekł — słowo honoru daję, żebym ją ukończył, gdybym znalazł chociaż godzinę ciszy...
Robek obu pięściami w stół uderzył:
— Co?... — zawołał. — Godzinę ciszy w moim domu?... Lata całe... wieki, panie Wioliński, ciszy... Głową ręczę!...
— Słyszałeś ty coś podobnego?... — zapytał nagle majora.