Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Alboż ja się unoszę? — pyta major zdziwiony, tonem istotnie nie oznaczającym najmniejszego śladu gniewu.
— Przecież ja ci nie mówię, że się unosisz... Zresztą szkoda słów niepotrzebnych. Nałóż lepiej fajkę, a ja przyniosę zapałek...
I wychodzi Robek do drugiego pokoju, kłapiąc z gniewu zębami. Spostrzega tam swoją córkę Helenę, siedzącą w otwartem oknie, i poczyna zrzędzić:
— Skąd te cugi, do kary Bożej?... Poco to okno otwarte, do paralusza?... Ty dziewczyno chcesz widocznie, ażeby mnie szlak trafił...
— Ależ tatku!
— Niema tu żadnego tatka! Ja nie twój tatko!... Gdzie zapałki?... Onegdaj wsypałem tu całe pudełko...
— Sam je tatko wypalił...
— To trzeba było znowu wsypać... Co tu za nieład, wszystko do góry nogami, wszystko do góry nogami przewrócone!...
Helena marszczy czoło i podając ojcu zapałki, mówi nadąsana:
— Pewnie tatko znowu dostał mata i na mnie złość wywiera!
— Ja mata?... Ja?...
— Przecież słyszałam.
Ojciec rozkracza kuse nogi i mówi, wybijając takt cybuchem:
— Jeżeli podoba mi się przegrać, to naprzód dlatego, że jestem gospodarzem a Rombalski gościem, a powtóre dlatego, że nie chcę w tym człowieku budzić pasji... Ale ty wolałabyś, żebym każdą partją wygrywał i żeby mnie major za każdym razem kładł trupem...
Robek mówi to szybko i tonem najświętszego przekonania. Helena wzrusza ramionami.
— Ja nie wiem doprawdy, co tatko widzi strasznego w tym biednym Rombalskim...