Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ona właśnie zapowiada koniec starego świata i zbutwiałych przesądów! — twierdzi panna głosem uroczystym.
— Tak! tak! — potakuje spiesznie ojciec. — Koniec starego świata! Ja to zawsze mówiłem... Naturalnie...
Do saloniku wchodzi pan Piotr z ukłonem bynajmniej nie odpowiadającym jego przysadkowatej grubości. Hipolit aż się wtył wygiął i oczy w słup postawił.
— A do licha! — mówi, ściskając gościa — na śmierć zapomniałem...
— Czcigodny panie! — woła Piotr — pan zawsze mnie posądza... Przecież to dopiero tydzień po terminie... Jakże się miewa pani dobrodziejka? — pyta ciotki, całując ją w rękę z taką energją, że sobie o mało drutem oka nie skaleczył. — A nasza piękna różyczka czy wesoła?
— Jak zawsze, kiedy pana widzi! — odzywa się Melcia ze śmiechem.
— Czy pozwoli pani ucałować sobie paluszki? — pyta Piotr, stając we drzwiach jej pracowni.
— Nie radzę! — odpowiada Melcia — gdyż obie ręce mam powalane tuszem...
Uszczypliwość córki niepokoi Hipolita, który dla świętej zgody prosi gościa do swego gabinetu.
— Przenigdy! — woła Piotr. — Gdy zostaniemy sami, zechcesz pan zaraz mówić o tych nudnych interesach, a człowiek przecie wstępuje do państwa poto tylko, aby skąpać duszę w atmosferze rodzinnego szczęścia, młodości, piękności, uczciwości...
Hipolit aż spotniał.
— Właśnie onegdaj sam wybierałem się do pana...
— Aaa... — przerywa Piotr, wstając z krzesła — kiedy szanowny pan niekontent z mojej wizyty...
— Uchowaj Boże!... — protestuje Hipolit i ściska go za ręce.
— Ja tylko żartuję!... — mówi Piotr z dobrodusznym