Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uśmiechem. — Otóż kiedy pan niekontent, więc powiem, że wstąpiłem do państwa tylko przypadkiem i tylko na pięć minut... Idę bowiem na Piwną ulicę kupić sobie kanarka, ponieważ wczoraj — dodaje z tłumionem westchnieniem — jeden mi zdechł!...
— Jezus! Marja! — wykrzykuje gospodarz.
— Tak, niestety!... Że zaś pozostała samiczka od rana płacze mi nad głową z tęsknoty, a zatem — złożywszy państwu uszanowanie, biegnę na Piwną...
Czuły pan Piotr chwyta kapelusz, całuje w rączkę ciocię, kłania się z progu lewemu bokowi Melci i pomimo zaklęć gospodarza, aby z nim porozmawiał w gabinecie, wymyka się do przedpokoju.
Na schodach wyminął uczciwego kapitalistę jakiś facet w czapce zepchniętej na tył głowy, z czarną rozdwojoną brodą i rozrzuconemi rękoma. Obywatel ten był dziwnie wzruszony i przebiegając około Piotra, spytał go:
— Czy tu mieszka pan Hipolit?...
Potem wpadł we drzwi i zatrzymał się aż na środku salonu, krzycząc:
— Wygrał pan!... wygrało państwo!... wielki los!...
I runął na krzesło.
Usłyszawszy to, ciotka upuściła robotę na ziemię, Melcia ponsowa wybiegła ze swej pracowni, a pan Hipolit, stojąc — skamieniał.
— Aj! — mówił płaczliwym głosem przybyły — jakie ja głupstwo zrobiłem, żem temu gałganowi chłopu sprzedał ostatnią ćwiartkę. Byłbym teraz straszny pan i wynająłbym na dystrybucją ten wielki sklep za tysiąc rubli...
I zaczął szlochać, spuściwszy głowę na piersi.
— Co panu jest? — krzyknął Hipolit, zatrwożony jego bladością.
— Tak mi słabo koło serca!...
— Wody!...