Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zapłacił i nie uszanował spokojności mojej. Przecież lat mam zgórą siedemdziesiąt, pamiętam księdza Staszica i z Imci panem Badenim menueta jeszcze chadzałam. A on mi, ten Kurdybanowicz, furmana nasłał, człeka może być miłego Bogu, ale ordynaryjnego. Tacy ludzie to nawet w lecie w kożuchy się ubierają...
Potem zaczęła modlić się:
— Od powietrza, głodu, ognia, wojny, złodzieja, sinej krosty czyli karbunkułu, złamania jakiego członka, burzy gwałtownej — zachowaj mnie, Panie!... I od takiego lokatora jak ten Kurdybanowicz niedobry, co furmanom nie płaci, także zachowaj mnie, Panie!.,.
Nagle uderzyła we dzwonek raz, drugi i trzeci, wołając przytem:
— Brygido!... Brygido!...
Do sypialni weszła po chwili głucha służąca, śpiąc jednem okiem, a drugiem czuwając.
— Co się stało? — spytała.
— Nastaw, serce, rumianku zwyczajnego — rzekła prezesowa. — Jestem bardzo wzruszona! Od bombardowania Zamościa nie pamiętam nic podobnego...
Istotnie wzruszenie zacnej staruszki wielkie było; szczęściem rumianek ukoił je nieco, ku pocieszeniu głuchej służącej, która, widząc, co się dzieje, gorzko płakała.
Była już czwarta rano, gdy JW. prezesowa rzekła:
— Brygido!
— Słucham pani...
— Już jutro w południe nie zaniesiesz temu Kurdybanowiczowi obiadu.
— Oj!... i nawet wart tego.
— A wieczór nie dasz mu herbaty, słyszysz?
— Co nie mam słyszeć. Kto nie wart obiadu, temu nic po kolacji.
— A jak myślisz, czyby mu lokalu nie wymówić?