Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A może pan memu synowi kamienicę sprzeda? — pytał Abuś.
— Zobaczę — odparł Ludwik.
— Nic pilnego — rzekł Abuś — pan się rozpatrzy i zrobimy handel.
— Więc to pewny ten zapis?
— Pewny, tylko niech pan beze mnie się nie rusza, bo oni panu zabiorą wszystko. Pan do interesów za miękki.
— To się pokaże.
— Nu, nu! Ale możeby się pan z sędzianką ożenił? Echt panna, prosto z igły!
— Nie ożenię się.
— I o tem wiem! Pan myśli o pannie Mani... Dobra dziewczyna, tylko ma kiepskich rodziców.
— Dam sobie z nimi radę — rzekł Ludwik.
— I to być może. Przy pieniądzach dopiero człowiek ma rozum i chęć, i ludzie go nie poniewierają.


VI.
DESZCZ PO POGODZIE, POGODA PO DESZCZU.

O godzinie ósmej, rodzina burmistrza wśród tłumu ciekawych udała się do kościoła, a o dziewiątej, wraz z całą gromadą, powróciła do domu. Kawalkacie tej przypatrywali się Żydzi, z okien i sklepów, śmiejąc się i szwargocząc między sobą.
— Ci Żydzi coś niedobrego wietrzą! — szepnął aptekarz do kasjera.
— Zwyczajnie zazdrość — mruknął kasjer.
Przy wejściu do domu burmistrza znalazł się sędzia z sędziną i Abuś z Ludwikiem, który zobaczywszy Manię, idącą na końcu, zatrzymał ją na chwilę i rzekł półgłosem:
— Bądź spokojna, pobierzemy się!
Mania spojrzała na niego jak na warjata i wzruszyła ramionami.