Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tymczasem burmistrzowa, ubrana w najbogatszą swoją suknią i wsparta na ramieniu męża, weszła do salonu, a za nimi tłum ciekawych. Państwo burmistrzostwo byli oboje bledzi, jakby upudrowani.
— Raczcie państwo usiąść! — rzekła gospodyni do obecnych. — Bóg nam zesłał szczęście, a ja na podziękowanie Mu za to, postanowiłam dziś dopiero przeczytać wiadomość o wygranej
Z temi słowy, wydobyła kopertę i otworzyła ją, drżąc całem ciałem.
W sali zrobiło się cicho jak w grobie.
— Jezus! Marja!... — krzyknęła nagle, spojrzawszy na papier.
Burmistrz wyrwał jej go z ręki i również zawołał:
— Jezus! Marja!...
— Co to jest? co się stało?... — pytano.
Teraz aptekarz schwycił depeszę i głośno przeczytał:

Rzeźnik Eustachy Trajkotnicki z Warszawy, umierając, zapisał kamienicę i dwadzieścia tysięcy wychowańcowi swemu, Ludwikowi. Małżonków zaś, Franciszka Trajkotnickiego i Eleonorę z Tabaczyńskich Trajkotnicką, z zapisu wyłączył, za to, że się go przez całe życie wypierali.
Pędziwiatrowski, adwokat.

Ludwik stał tuż obok aptekarza, który rzuciwszy depeszę na ziemię, porwał natomiast szczęśliwego wybrańca fortuny w objęcia i zawołał:
— Winszuję ci, najdroższy przyjacielu!...
To samo zrobili kasjer, doktór, rejent, a wreszcie sędzia i sędzina.
Tymczasem burmistrzowa oprzytomniała i pochwyciwszy rzuconą depeszę, poczęła krzyczeć:
— To być nie może!... Rodzony i ukochany brat mojego