Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lipowi, który wydobył dwudziestogroszowe cygaro i poczęstowawszy niem konduktora, rzekł:
— Jakoś niedużo pasażerów?
— Jak zwykle z rana — odparł konduktor.
— Mam chorą żonę, czy więc nie byłbyś pan łaskaw dać nam osobnego przedziału?
Uprzejmy konduktor wskazał przedział, udzielił podróżnym parę rad i poszedł dalej.
Umieściwszy się przy oknie naprzeciw żony, Filip, jakby natchniony świeżością letniego poranku, odezwał się.
— Pierwszy raz dopiero będę miał sposobność porozmawiać z panią.
— To prawda! — odparła Zosia, spuszczając oczy.
— Okoliczności... — ciągnął Filip — były dla mnie bardzo niełaskawe...
— Sądzę, że dla nas obojga...
„Anielska kobieta!“ — pomyślał buchalter, a potem zapytał głośno:
— Niech mi pani wybaczy zuchwalstwo, jeżeli spytam: czy może być, żeby pani dotychczas gniewała się na mnie?
— Ja?... — krzyknęła zdumiona Zosia.
— To jest... źle powiedziałem o gniewie, ponieważ pani czuła tylko lekki wstręt do mnie.
— Cóż znowu?...
— Więc dlaczego pani płakała w dzień ślubu?...
— Ależ... ani myślałam płakać.
W głowie buchaltera poczęły świtać niejakie wątpliwości tak co do obserwatorskiego talentu, jak i co do teorji pana Piotra. Myśl ta dodała mu jeszcze więcej energji, wziął więc za rękę swoją żonę i szepnął:
— O panno Zofjo!...
W tej chwili jednak zakołatano do drzwi wagonu, w których niebawem ukazał się tłusty i rumiany pasażer z wielką torbą w rękach.