Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakże tam?... — spytał nowożeńca pan Piotr, przydybawszy go w oddzielnym pokoju.
— At!... — odparł zagadnięty i kiwnął ręką, sądził bowiem, że tym sposobem najlepiej dowiedzie energji.
— Uważam — mówił kasjer — że panna Zofja ma oczy podkrojone...
— Pewnie ze wzruszenia...
— Wygląda tak, jakby płakała — dodał Piotr. — Ale nie trać męstwa!
— Czegóżby miała płakać? — spytał Filip, który uczuł lekkie strzykanie za uszami.
— Nie mam zamiaru pozbawiać cię odwagi... chciałbym cię widzieć szczęśliwym i pewnym siebie, ale... Uważam, że cała jej postać wyraża jakby wahanie się i przestrach — ciągnął Piotr.
— Nie rozumiem powodu? — wybełkotał buchalter. — Zachowywałem się przecież, jakeś mi radził...
— Przypomnij sobie dobrze! W kątach ust jej uważałem, że... mamże ci wyznać? W kątach ust jej dostrzegłem coś nakształt lekkiego wstrętu...
— Bój się Boga!...
— Tak jest, twarz jej przypomniała mi osobę, która w czasie pożaru stoi na czwartem piętrze i widzi, że nie chcąc się spalić, musi skoczyć.
— Co mówisz?... Gdzieżeś widział taką osobę?
— Nigdzie. Ale patrząc na pannę Zofję, wyobrażam ją sobie. Musiałeś coś nietaktownego popełnić.
— Ależ nic!... Prawie nic... — jęknął buchalter.
— Domyślałem się. Niema rzeczy okropniejszej, jak zuchwalstwo narzeczonego.
— Widzisz...
— Odgadłem! — szepnął Piotr, ukrywając ręce pod poły fraka.
— Widzisz, pocałowałem ją...