Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


panna Zofja naprzód zdziwiła się, a ochłonąwszy, zapytała z przejmującym chłodem:
— Co to znaczy?
— Nic... ja... Miałem się przywitać... — wybąkał niefortunny kochanek.
— Nie spodziewałam się takiego przywitania ze strony pańskiej — odparła Zosia, cofając się o parę kroków.
Teraz dopiero pan Filip zmierzył ogrom przepaści, jaką popędliwość jego wykopała, nie tracąc więc czasu, uciekł się do ostatecznego środka, upadł po raz niewiadomo który na kolana i zawołał:
— Przebacz, pani! ale ja już naprawdę głowę tracę... Ile razy pragnę okazać pani potęgę moich uczuć, tyle razy wypalę jakieś głupstwo. Okazuje się, że pośpiech do niczego nie prowadzi!
— I ja tak sądzę! — odparła zadąsana panna, dodając w myśli, że narzeczony jej jest niepospolitym oryginałem.
Od tej chwili pan Filip przysiągł, że jak najsumienniej wykonywać będzie rady swego przyjaciela kasjera. Kartka po kartce, pozycja po pozycji!...


V
NIECO O WIERNYCH PRZYJACIOŁACH.

Nadszedł dzień ślubu, w ciągu którego stryj radca był odświeżony i wesoły jak nigdy, Zosia zamyślona, pan Filip zaś zmieszany i przestraszony tak, jakby on sam miał być panną młodą.
Około szóstej nieliczni zaproszeni goście poczęli się schodzić. Przyszedł i pan Piotr, sztywny jakby go w krochmalu wymoczono, a następnie odprasowano.
Ukazały się różne przekąski, przy których Zosia odegrywała rolę gospodyni, a na które goście rzucili się jak Izraelici podczas oblężenia Jerozolimy. Pan Filip uśmiechnął się melancholicznie, lecz apetyt stracił i szczękał zębami po kątach.