Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Uważa pan... chciałbym się ożenić...
— Dobra myśl! winszuję!...
— Tak, ale widzi pan adwokat, mam niejakie wątpliwości...
— Co do posagu? O tem łatwo się dowiedzieć.
— Boże uchowaj! — wykrzyknął Filip — ja o posagu zupełnie nie myślę... Wątpliwości moje są nierównie drażliwsze, dotyczą bowiem strony moralnej...
— Więc wątpisz pan o moralności swojej panny?...
— Ależ, panie adwokacie, czy godzi się przypuszczać coś podobnego!... — wykrzyknął zarumieniony Filip.
— Więc czego pan chcesz?
Stanowczość i niecierpliwość adwokata do reszty zmieszały nowego buchaltera, który rzekł słabym głosem:
— Zostaw mi pan chwilę czasu, bo doprawdy nie mogę myśli zebrać...
— Aha! — mruknął adwokat i dyktował dalej:
„Icek Braunszwejn, dotknięty w najdrażliwszem dla każdego uczuciu honoru (obelga bowiem nastąpiła w samo południe w miejscowości zwanej Pociejowem), stracił przytomność, a schwyciwszy jakieś żelazo, wyżej wymienioną Ryfkę Brytwannę uderzył w rękę i takową do krwi skaleczył...“
Cóż — namyśliłeś się pan?
— Namyśliłem — odparł Filip. — Cobyś pan robił, panie adwokacie, mając zamiar ożenić się?
— Przedewszystkiem wziąłbym większe mieszkanie.
— No, tak!... ale co więcej?
— Dałbym na zapowiedzi.
— A przedtem?
— Oświadczyłbym się pannie i jej rodzicom.
— Nie ma rodziców, tylko stryja.
— W takim razie stryjowi.
— No, a jeszcze przedtem?
— Starałbym się pozyskać przychylność panny. Badałbym