Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PRZYGODY EDZIA.

— Uważasz, moje serce — mówił pleban do swego siostrzeńca Edzia — uważasz, moje serce, bardzo się cieszę z tego, żeś przyjechał...
— I ja się także cieszę, proszę wujka! — odparł Edzio, całując pokornie okrągłą rączkę sędziwego plebana. — Zawsze to między swoimi łatwiej o serce, i... pomoc... w trudniejszych okolicznościach...
Przy wyrazie „pomoc“ Edzio westchnął i rzucił tęskne spojrzenie w kierunku staroświeckiego kantorka.
— Tak, tak! — potwierdził wuj, zażywając tabakę. — Serce zawsze i pomoc... moralną!
Edziowi zrobiło się mdło. Dobry ten chłopiec już od trzech dni, to jest od chwili przyjazdu na probostwo, przy każdej sposobności starał się napomknąć o gotówce, lecz jego delikatne aluzje niedobrze widać były rozumiane. Teraz, korzystając z rozczulenia wujowego, przypuścił szturm stanowczy i otóż zaraz na wstępie spotkał się oko w oko z kapitałem wprawdzie, ale z kapitałem tylko moralnej natury!
Bądź co bądź należało kuć żelazo póki gorące; Edzio więc przemógł chwilowy niesmak i mówił dalej:
— Obecnie jestem już prowizorem...
— Piękne stanowisko! — dorzucił wuj — to tak jakby kawałek doktora... Ciekawym bardzo, jak też uważasz Morisona?...
— Doskonałe lekarstwo! — Chciałbym właśnie kupić aptekę w jednem powiatowem mieście...
— A kamfora, proszę cię, czy z mody nie wyszła?...